Katastrofa w Smoleńsku - po pogrzebie wawelskim

 

 

Katastrofa w Smoleńsku pochłonęła  96 ofiar - było to tragiczne wydarzenie szczególnie dla rodzin i bliskich zmarłych.

 

To również wydarzenie polityczne na skalę światową, ponieważ zginęła para prezydencka, 18 parlamentarzystów i dowódcy sił zbrojnych.

 

Wśród ofiar byli też zwykli ludzie -  m.in. członkowie rodzin pomordowanych na rozkaz Stalina w 1940 roku oraz stewardesy i piloci.

 

Ogromna liczba ofiar i fakt, że wielu z nich to znane twarze z telewizji spowodowało autentyczny odruch współczucia wśród znacznej części społeczeństwa. 

 

W ostatnim tygodniu widzieliśmy, jak ta zwykła przyzwoitość została wykorzystana w celu budowania "jedności narodowej" ze zwykłymi ludźmi w roli posłusznych i wdzięcznych podwładnych.

 

Z każdym dniem tygodniowej żałoby narodowej nakręcano spiralę przesadnej retoryki – do takiego stopnia, że niektórzy komentatorzy mówili o kreowaniu atmosfery końca świata.

 

Mitologizowanie umarłych polityków idzie pełną parą, szczególnie wyolbrzymiane są rzekome zasługi Lecha Kaczyńskiego.

 

Przesada przekroczyła granicę absurdu decyzją o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Spontaniczne protesty pojawiły się w różnych miastach. Trudno się dziwić – decyzja wawelska była bardzo polityczną decyzją. Miała ona służyć pośmiertnej koronacji nie tylko zmarłego prezydenta, ale także   konserwatywnej, militarystycznej i obyczajowo wstecznej polityki reprezentowanej przez PiS – polityki najbliższej hierarchom kościelnym.

 

Mówi się o upartej walce Lecha Kaczyńskiego w sprawie Katynia. Niewątpliwie Katyń to zbrodnia, ale nie chodziło tu tylko o historyczną pamięć. W rękach Kaczyńskiego Katyń miał dostarczyć emocjonalnego paliwa, by usprawiedliwić i próbować intensyfikować agresywną politykę zarówno Polski, jak i NATO. 

 

Przykładowo, Kaczyński wyjechał do Gruzji jako jeden z najbliższych sojuszników gruzińskiego prezydenta Saakaszwiliego podczas wojny z Rosją w sierpniu 2008 r., którą Saakaszwili rozpoczął szaleńczym atakiem na Osetię Płd. Polski prezydent starał sie podgrzać już niebezpieczną sytuację deklamując na wiecu: "Jesteśmy po to, żeby podjąć walkę".

 

Kilka dni później w Warszawie ogłosił: "na armii nie wolno oszczędzać" a "wojsko musi być coraz silniejsze".

 

Związkowcy, szczególnie ci z "Solidarności", wspominają Lecha Kaczyńskiego jako działacza opozycji do 1989 roku oraz jako wiceprzewodniczącego związku. Jego okazjonalne wypowiedzi przeciw neoliberalizmowi są też popularne wśród niektórych pracowników. Jednak warto pamiętać, że  w praktyce różnice między Lechem Kaczyńskim a rządem Tuska w kwestiach ekonomicznych były minimalne. Były prezydent nie zawetował rządowej ustawy o obniżce podatków dla najbogatszych czy likwidacji podatku spadkowego.

Nie robił nic by wspierać tych, którzy walczą ze zwolnieniami.  

 

To zrozumiałe, że niektórzy działacze pamiętają Lecha Kaczyńskiego z czasów swojego zaangażowania w związku - jednak jako prezydent w praktyce był bliższy ludziom pokroju miliardera Ryszarda Krauzego, który posiadał jego prywatny numer telefonu komórkowego.

 

Jako prezydent Kaczyński miał ograniczoną władzę – jednak posiadał prawo weta, z którego mógł przecież korzystać w obronie pracowników i ich rodzin.

 

Rzeczywistość społeczna dała o sobie znać podczas żałoby. W poniedziałek, dwa dni po katastrofie smoleńskiej, nastąpiło tąpnięcie w sprywatyzowanej kopalni "Siltech" w Zabrzu. Podczas akcji ratowniczej zmarł  nadsztygar Ernest Furman. We wtorek, w kopalni "Ziemowit" w Lędzinach, 650 metrów pod ziemią, zginął górnik. Wpadł na trasę przenośnika pracującego przy ścianie wydobywczej. W czwartek górnik - maszynista lokomotywy podziemnej kolejki – zginął  500 metrów pod ziemią w kopalni "Murcki-Staszic" w Katowicach. W ostatnich dwóch przypadkach nie podano nazwisk ofiar. Ile czasu antenowego poświęcono tym zmarłym – ofiarom pogoni za zyskiem?

 

Wojna

 

Wielu ludzi jest szczególnie poruszonych widokiem przeżywających ból członków rodzin i przyjaciół zmarłych w katastrofie smoleńskiej. W takich momentach nasuwa się myśl o bólu, jakiego doświadczają najbliżsi ofiar nalotów bombowych USA, NATO i sojuszników w Afganistanie przy wsparciu trzytysięcznego polskiego kontyngentu.

 

Gdyby w polskich mediach poświęcono ofiarom tych wojen chociaż jeden procent czasu poświęconego ofiarom smoleńskiej katastrofy  – pokazując na przykład kochających rodziców z dziećmi - trudno byłoby kontynuować wojnę bez wielkich protestów. 

 

Wojna w Afganistanie to kwestia, w której liderzy Kaczyński i Tusk głosili niemal identyczne poglądy. Właściwie wszystkie partie sejmowe współtworzyły lub obecnie współtworzą rządy prowadzące wojny w Iraku i Afganistanie.

 

Już cztery dni po katastrofie, Marszałek Sejmu Bronisław Komorowski podpisał postanowienie o przedłużeniu użycia polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie o kolejne pół roku. To najważniejsza dotychczasowa decyzja Komorowskiego jako pełniącego obowiązki prezydenta. Fakt, że politycy i dziennikarze mało uwagi zwrócili na tę decyzję,  pokazuje płytkość słów o wielkiej narodowej zgodzie. Przytłaczająca większość społeczeństwa chce wycofania polskich wojsk z Afganistanu, więc nie chciano drażnić opinii publicznej.

 

 

Naciski

 

Przyczyną katastrofy w Smoleńsku był ludzki błąd z polityką w tle.

Nie wiemy, oczywiście, czy pilot sam podjął decyzję o lądowaniu czy też były naciski ze strony samego prezydenta lub zwierzchnika wojsk lotniczych. Jednak wiemy, że była gęsta mgła i samolot nie powinien był lądować na smoleńskim lotnisku.

 

Wiemy też o słynnym incydencie, gdy Lech Kaczyński leciał do Tbilisi, w sierpniu 2008 r. podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej. Kapitan obawiał się zestrzelenia i wylądował w Azerbejdżanie nie ulegając naciskom samego prezydenta. Delegacja ruszyła do Gruzji samochodami.  Podczas lotu prezydent powiedział o kapitanie: "jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy". Po wylądowaniu w Azerbejdżanie zapowiedział, że "po powrocie do kraju wprowadzimy porządek w tej sprawie". 

 

Później prezydent Kaczyński powiedział w radiowym wywiadzie: "Ja nie wydawałem rozkazu, ja tylko wydałem polecenia różnym dużo wyższym niż pilot oficerom Wojska Polskiego. I oni zrealizowali moje polecenia i wydali pilotowi rozkaz na piśmie. I pilot nie usłuchał." Kapitan natomiast stwierdził w raporcie, że "pan prezydent przyszedł do kabiny pilotów i osobiście jako zwierzchnik sił zbrojnych polecił mi lecieć do Tbilisi ".

 

Rząd postanowił odznaczyć  kapitana srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności. PiS zareagował sejmowym zapytaniem Przemysława Gosiewskiego, który chciał wiedzieć m. in.: "Czy Minister, podejmując decyzję o odznaczeniu, chciał pokazać, iż będzie premiował w przyszłości przypadki niesubordynacji, tchórzostwa i odmawiania wykonywania rozkazów?" oraz "Jak MON zamierza reagować, jeśli w przyszłości będą powtarzać się tego typu przypadki odmawiania zmiany kierunku lotu?".

 

To wszystko pokazuje pod jaką ogromną presją byli piloci Tupolewa, gdy wchodzili do kabiny w dniu 10 kwietnia.

 

 

Symbol walki

 

Podkreślanie "wielkości" Kaczyńskiego przyćmiło wszystkie inne ofiary katastrofy.

Jakoś mało się mówiło o Annie Walentynowicz, która najbardziej uosabia jeden z najważniejszych momentów ostatnich dziesięcioleci -  strajk rozpoczęty w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r.

 

Być może dlatego, że ze wszystkich ofiar katastrofy kobieta ta jest najlepszym symbolem walki, która dziś wciąż się toczy - walki z wyzyskiem i zwolnieniami. Zwolnienie Walentynowicz i postulat przywrócenia jej do pracy stał się katalizatorem dla jednego z najpotężniejszych masowych ruchów pracowniczych w historii. W obecnych czasach dwumilionowego bezrobocia w Polsce i globalnego kryzysu systemu, przykład Walentynowicz  burzyłby starannie wyreżyserowaną atmosferę jedności bogatych Polaków z resztą społeczeństwa.

Niech więc rządzący nie mylą ludzkich odruchów współczucia ze zgodą na ich plany przeprowadzenia dalszych cięć i zwolnień, na które godzą się wszystkie partie sejmowe.

Solidarność z bliskimi zmarłych nie jest tożsama z solidarnością z polityką nędzy prowadzoną przez rządzących. Solidarność dla ofiar w czasie żałoby może w przyszłości przekształcić się w solidarną walkę pracowników. Miejmy nadzieję, że wkrótce tak będzie.

Pracownicza Demokracja - 21 kwietnia, 2010 r.