Oświadczenie Pracowniczej Demokracji w sprawie blokady antyfaszystowskiej 11 listopada   

 

 

Sukces antyfaszystów

Antyfaszyści osiągnęli dwa główne cele w dniu 11 listopada. Po pierwsze, tak zwany Marsz Niepodległości organizowany przez  faszystowski ONR i faszyzującą Młodzież Wszechpolską został zablokowany. Gdyby faszyści i nacjonaliści przemaszerowali ulicą Marszałkowską – główną ulicą Warszawy – czuliby się panami stolicy. Nie udało im się to.

 

Mylą się ci komentatorzy, którzy twierdzą, że przemoc skrajnej prawicy była efektem  blokady. Po demonstracji faszyści napadli na m. in. żydowską, arabską, a nawet wegetariańską restaurację. Fizycznie atakowali przechodniów.  Bez blokady, bez sprzeciwu, czuliby się jeszcze bardziej pewni siebie w swojej przemocy. Zamieszki wywołane przy pomniku Dmowskiego (w tym spalenie wozu transmisyjnego TVN), gdzie nie było żadnej blokady, są kolejnym przykładem tego, co mogłoby się stać w centrum Warszawy, gdyby „Marsz Niepodległości” mógł do niej dotrzeć.

 

Drugi sukces antyfaszystów to zerwanie maski "przyzwoitości" ze skrajnej prawicy. Marsz faszystów i nacjonalistów był   przedstawiany jako manifestacja dla całej rodziny, dla zwykłych patriotów. Tendencyjne dziennikarstwo nie zdołało jednak ukryć faktu, że znaczną część uczestników demonstracji skrajnej prawicy stanowili brutalni bojówkarze.

 

Dla skrajnej prawicy to prawdziwa klęska zważywszy na fakt, że na koniec marszu miało zostać ogłoszone powstanie  nowej siły politycznej pod nazwą Ruch Narodowy, wzorem węgierskiego Jobbiku. Jobbik jest organizacją faszystowską,  która stworzyła Gwardię Węgierską  odwołującą  się do Strzałokrzyżowców – do faszystów, którzy rządzili Węgrami razem z hitlerowcami pod koniec drugiej wojny światowej. Dziś umundurowani faszyści węgierscy „patrolują” węgierskie ulice bijąc "nieprawdziwych" Węgrów i członków różnych mniejszości. Dzięki blokadzie żaden Ruch Narodowy nie został ogłoszony.

 

Przedstawiciele Jobbiku mieli uczestniczyć w marszu.  Podobnie, jak nacjonaliści i faszyści z Serbii. Prawie wszystkie polskie media milczały na ten temat.

 

Media

Trudno uwierzyć, jak bardzo kłamliwa, tendencyjna i nierzetelna była znaczna część medialnego przekazu w sprawie wydarzeń 11 listopada. Nawet aktywiści, którzy wiedzą, że media regularnie przeinaczają fakty dotyczące demonstracji związkowych czy innych społecznych protestów,  np. zaniżając liczbę manifestantów, tym razem byli zaskoczeni.

 

Temat zagrożenia faszyzmem był praktycznie nieobecny w przekazie medialnym. Nie mówiono o hajlujących członkach ONR w brunatnych koszulkach czy kilkudziesięciu morderstwach popełnionych przez skrajnych prawicowców w ostatnim dwudziestoleciu.

 

W doniesieniach o 11 listopada stworzono symetrię między ogromną skalą przemocy faszystów i nacjonalistów z jednej strony, a szarpaniną, rzekomym „pobiciem grupy rekonstrukcyjnej”, którego – jak się później okazało - nie było,   z udziałem grupki niemieckich antyfaszystów trzy godziny wcześniej. Czasami nie było nawet symetrii. Winni wszystkiemu, według medialnych kłamstw, byli antyfaszyści (a raczej „Niemcy”).. Jeśli coś jest skandalem w sprawie „Niemców”, to fakt, że pod pretekstem błahego incydentu z udziałem małej grupy ludzi bezpodstawnie zatrzymano 92 osoby trzymając je w areszcie przez kolejne 2 dni, często traktując w brutalny i poniżający sposób.

Trzeba podkreślić, że niemieccy antyfaszyści siedzieli w areszcie przez cały czas demolowania stolicy przez nacjonalistycznych i faszystowskich zbirów - co nie przeszkadzało znacznej części mediów w przekazywaniu niejasnego albo wręcz kłamliwego obrazu tego, kto dokonał zniszczeń.

 

W telewizji często mówiono o "Niemcach", nawet kiedy pokazywano polskich nacjonalistów i faszystów.

 

Wystarczy pomyśleć, co by było gdyby tak wielka przemoc została dokonana np. przez alterglobalistów. Czy mówiłoby się bez przerwy o grupce ludzi nie mających nic wspólnego z wydarzeniami?

 

Naszym zdaniem należy się cieszyć, że jest w Niemczech dużo antyfaszystów. Ostatnio media informowały o mordach dokonanych w tym kraju przez neonazistów. Wiemy także, że antyfaszyści niemieccy bronią imigrantów, w tym Polaków przebywających w Niemczech, przed atakami i nienawistną propagandą neonazistów. Antyfaszystom niemieckim należy się więc wdzięczność i solidarność, nie zaś histeryczne ataki.

 

Oczywiście trzeba starać się wystłać sprostowania do mediów tam, gdzie się da. Jednak jako antyfaszyści nie powinniśmy winić siebie za taki przekaz medialny i dostosowywać się do oczekiwań mediów, tym samym osłabiając nasze protesty. Przekaz medialny bywa lepszy czy gorszy. Zwykle jest fatalny, ponieważ media są politycznie sterowane rękami szefów mianowanych przez siły polityczne (media publiczne) albo redaktorów pracujących dla miliarderów i korporacji, które mają zbieżne cele z politykami establishmentu.

 

Reporterzy powinni organizować protest przeciw propagandowej linii swoich redakcji, zważywszy, że gdy faszyści i nacjonaliści byli przy pomniku Dmowskiego, przestali walczyć  z policją i zaczęli atakować nie tylko wozy transmisyjne, lecz także dziennikarzy i fotoreporterów. Jeden reporter przyznał w telewizji, że nawet dziennikarze telewizji Trwam ojca Rydzyka musieli uciekać.

 

Cyniczny przekaz mediów dotarł  niestety do milionów ludzi. Nie może to jednak wymazać realnych osiągnięć antyfaszystowskiej blokady.

 

Historia

W dyskusjach po wydarzeniach 11 listopada czasami odwoływano się do historii. Tu stopień cynizmu i ignorancji był godny pożałowania. Nawet politycy uważający się za lewicowych często wypowiadali głupstwa. Były lider Unii Pracy Ryszard Bugaj i prezydencki minister (i historyk) Tomasz Nałęcz mówili o zasługach dla Polski największego polskiego antysemity w XX wieku Romana Dmowskiego oraz o tym, że dzisiejszy ONR nie jest faszystowski. Podkreślono też, że w czasie wojny działacze ONR zginęli z rąk hitlerowców.

 

Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska nieprzypadkowo noszą te same nazwy, co ich poprzedniczki sprzed wojny. Wówczas  organizacje te organizowały mordercze napady na Żydów  i propagowały getta ławkowe na uniwersytetach.  Nawet pod okupacją hitlerowców działacze ONR (pod nazwą Narodowej Organizacji Radykalnej) w 1940 roku urządzili w Warszawie i innych miastach pogrom wielkanocny, w trakcie którego atakowali Żydów i niszczyli ich mienie pod nadzorem okupanta. Mówienie o ofiarach  poniesionych przez ONR podczas wojny jest absurdalne – zginęli bo nazistowski rasizm uznawał wszystkich Polaków za podludzi  (stojący wyżej niż Żydzi w hierarchii "ras", ale wciąż niżej niż Niemcy). Nazistów nie interesowała  szersza współpraca  z polskimi faszystami. Po tym doświadczeniu dzisiejszy ONR wyciągnął  jedynie wniosek, że należy propagować faszystowski rasizm w polskim wydaniu.

 

Warto też podkreślić, że pierwszymi ofiarami Hitlera, pierwszymi więźniami obozów koncentracyjnych, byli niemieccy antyfaszyści. W 1944 roku Warszawę zniszczyły hitlerowskie wojska. W 2011 Warszawę demolowali polscy faszyści, polska skrajna prawica.

 

Kibice

Po zdemolowaniu stolicy przez ich zwolenników organizatorzy marszu ONR/MW próbowali zdystansować się od przemocy swoich zwolenników. Mówili, że  to chuligani stadionowi walczyli z policją, i że  była to odrębna grupa od reszty uczestników marszu.

 

Jeśli tak było, dlaczego miesiącami pracowano nad tym, by zmobilizować ludzi, którzy lubią się bić na stadionach?  I nie tylko na stadionach - znaczna część faszystowskich i nacjonalistycznych zbirów nie chodzi na mecze.

 

Tak czy inaczej, jeśli ktoś przychodzi na demonstrację skrajnych prawicowców, by się bić, nie jest już kibicem, lecz skrajnie prawicowym bojówkarzem  znajdującym się pod „dowództwem” faszystów i nacjonalistów. 

 

Trzeba też podkreślić, że bycie kibicem nie jest tożsame z byciem bojówkarzem skrajnej prawicy. Są na przykład kibice centrolewicowi, centroprawicowi i apolityczni. W blokadzie 11 listopada również uczestniczyli kibice, przeciwnicy faszystowskiej przemocy.

 

Prawica

Niewątpliwie Jarosław Kaczyński przyczynił się do liczebnego wzrostu tegorocznego marszu

faszystów i nacjonalistów. Kaczyński, oczywiście, nie jest faszystą, jednak zrobił dużo, by skojarzyć chuliganów stadionowych z postawą "patriotyczną". Zapewne pomogło to organizatorom marszu, którzy przedstawiali się jako zwykli patrioci.

 

Kaczyński jest także najbardziej znanym politykiem odpowiedzialnym za rozpowszechnianie bzdur o Niemcach bijących Polaków – bzdur często powtarzanych z  aprobatą  przez media. To stworzyło zasłonę dymną dla brutalnych czynów faszystów i nacjonalistów. Kaczyński już wcześniej flirtował ze skrajną prawicą, wpuszczając Ligę Polskich Rodzin do koalicji rządowej z PiS w 2006 r. oraz zabiegając o względy ojca Rydzyka i jego antysemickich mediów.

 

Jednak ludzie mają swój rozum i widzieli brutalność skrajnej prawicy. Zadaniem antyfaszystów jest  wbić klin między ludzi, którzy chcą wyrazić swój patriotyzm i tych, którzy chcą tworzyć faszystowskie i nacjonalistyczne bojówki. Jeśli tak zrobimy, jest szansa, że demonstracje skrajnej prawicy ponownie zmaleją.

 

Organizatorzy marszu i ich zwolennicy mają problem. Gdy eksposeł  i ultrakatolik Artur Zawisza mówił  na konferencji prasowej, że chuligani nie mieli nic wspólnego z marszem, siedzący obok niego prof. Żaryn od razu puścił do nich oko mówiąc, że "media powinny się spalić ze wstydu". Te słowa oczywiście należy rozumieć w kontekście podpalenia wozu transmisyjnego TVN przez uczestników marszu.

 

Jednoczesne odrzucenie i przyciąganie "chuliganów stadionowych" może doprowadzić do opuszczenia szeregów skrajnej prawicy przez niektórych  z nich, szczególnie jeśli ruchy protestu wobec rządowej polityki cięć wzrosną w siłę. Wtedy będzie widać, że istnieje alternatywa dla polityki szukania kozła ofiarnego stosowanej przez skrajną prawicę. Antyfaszyści powinni włączyć się do takich ruchów i przekonywać do sprzeciwu wobec rządzących.

 

Jedna z najbardziej  znanych twarzy na marszu jest jednocześnie zwolennikiem  głębokich cięć i podżegaczem do przemocy. Krótko  przed 11 listopada największy przeciwnik wydatków socjalnych, publicznej służby zdrowia czy edukacji w Polsce – Janusz Korwin-Mikke - został zapytany przez internautę na czacie: „Panie Januszu, czy mamy mocno bić lewactwo w Warszawie?” i odpowiedział: „Tak. Oszczędzać dzieci i kobiety!” Wnikliwych dziennikarzy także nie widać w tej sprawie –nawoływanie do przemocy ze strony byłego posła nie jest interesującym tematem dla mediów.

 

Platforma również  powtarzała kłamstwa na korzyść faszystów. Po marszu jedna z czołowych postaci w PO Jarosław Gowin powiedział:  "Polska lewica niemieckimi pałkami postanowiła nauczyć polskich patriotów myśleć racjonalnie bez alienacji." Nikt z rządu nie skrytykował tych nacjonalistycznych absurdów.

 

Niebezpieczne flirty centroprawicy  z faszystami nie powinny nas dziwić. Wiemy z historii, że konserwatyści oddali Hitlerowi władzę w 1933 r. w momencie kiedy poparcie dla nazistów zaczęło opadać po gwałtownym wzroście. Centroprawica uważała wówczas, że Hitler pomoże w "przywróceniu porządku".

 

Rząd Tuska być może wykorzysta przemoc skrajnej prawicy, by ograniczyć prawa uczestników przyszłych demonstracji. Musimy się temu przeciwstawić. Doświadczenie pokazuje, że prawa uchwalone z powodu przemocy faszystów i nacjonalistów są w przytłaczającej większości przypadków stosowane przeciw lewicy czy związkowcom.

 

Kryzys kapitalizmu

 

Niepokojąca była liczba uczestników marszu skrajnej prawicy 11 listopada. Na pewno nie było ich 20 tysięcy, jak podano w niektórych mediach zgodnie z szacunkami organizatorów marszu. Ale było ich dużo.

 

 Na szczęście jednak jest to jednorazowe takie  wydarzenie  w roku. Faszyzm nie jest dziś potężną siłą w Polsce. I niech tak pozostanie. Ruch antyfaszystowski powinien kontynuować blokady i starać się mnożyć liczbę ich uczestników.

 

Trzeba też dotrzeć do ruchu związkowego.

 

W tym roku jedna z dwóch głównych central związkowych w kraju – Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych  – oficjalnie wsparło Porozumienie 11 listopada (organizatora blokady) oraz samą blokadę. 11 listopada lider OPZZ Jan Guz uczestniczył w blokadzie antyfaszystowskiej z grupą członków OPZZ – była widoczna flaga związku. To skromny, ale ważny, krok naprzód.

 

W latach 30 - tych XX wieku widzieliśmy, jak głęboki kryzys gospodarczy skutkował dojściem faszystów do władzy w Niemczech, w zniszczeniu przez nich wszelkiej demokracji i związków zawodowych, w wywołaniu wojny światowej i Holocaustu. Hitler nie mógłby dojść do władzy, gdyby nie kryzys kapitalizmu, w tym masowe bezrobocie w Niemczech liczące 6-8 milionów ludzi.

 

Dlatego trzeba zdać sobie sprawę z tego, że w warunkach dzisiejszego kryzysu faszyzm może bardzo szybko wzrosnąć w siłę. Na szczęście jest też druga strona medalu. Lata 30-te były także czasami masowych wystąpień pracowniczych. W niektórych krajach pokonano faszyzm.

 

Dziś świat jest pogrążony w następnej fazie kryzysu systemu kapitalistycznego. Podczas obecnej kadencji Sejmu możemy się spodziewać ostrych cięć w ramach surowych programów "oszczędności" rządu Tuska.

 

Faszyzm zostanie podważony, jeśli nastąpi masowa walka przeciw rządowym atakom. Gdy pracownicy organizują się przeciw wyzyskowi, nienawistna polityka szukania podziałów wśród zwykłych ludzi zostaje marginalizowana.

 

 Jednak ostatecznie faszyzm zniknie dopiero wtedy, kiedy system, którego jest potwornym dzieckiem – kapitalizm – zostanie zastąpiony demokracją pracowniczą.

 

 17.11.2011

 

 

 

strona główna