Szkolnictwo wyższe *         Szkolnictwo wyższe *

 

Nauka w ryzach kapitału

 

 

Jeżeli przyjmiemy, że istnieje jakaś uniwersalna ludzka natura, to z pewnością jej częścią jest chęć uczenia się. Możliwość gromadzenia i poszerzania wiedzy jest jedną z cech tworzących z nas ludzi – zarówno każdego człowieka z osobna, jak i ludzkości jako całości. Od dziecka myślimy i staramy się poznawać. Wszechstronna realizacja tego pędu ku wiedzy powinna być więc zawsze naszym podstawowym prawem.  

W każdym z systemów organizowania się społeczeństw edukacja ma jednak jednocześnie za zadanie zapewnienie jego trwania. W społeczeństwach klasowych naturalny pęd ku wiedzy zostaje więc wtłoczony w ramy systemu edukacyjnego odpowiadającego interesom klasy panującej. Szczególnie boleśnie widać to w kapitalizmie. System, który w swej dynamice pogoni za zyskiem nieustannie rozwija coraz to nowsze gałęzie produkcji i wymiany, po to tylko, by porzucić je za kilka lat na rzecz jeszcze nowszych, nieustannie przemeblowuje kształt edukacji zgodnie z własnymi doraźnymi potrzebami. Fakt znacznego upowszechnienia edukacji w kapitalizmie, sam w sobie pozytywny, wynika więc głównie z potrzeb kapitału posiadania wykształconej siły roboczej. To samo dotyczy rozwoju szkolnictwa wyższego w krajach rozwiniętych po II wojnie światowej. Wynikał on ze zmiany charakteru pracy i technologii, które wymagały większej liczby absolwentów szkół wyższych. Rozwój (lub brak rozwoju) edukacji był i jest funkcją potrzeb akumulacji kapitału.

Tryby i produkty systemu edukacyjnego są jednak jednocześnie ludźmi  chcącymi się uczyć i myśleć samodzielnie. Im bardziej powszechny staje się dostęp do szkół na różnych poziomach, tym wyraźniej rysuje się potencjalny konflikt między dążeniem do samorealizacji i poznania a klasowymi celami edukacji.

Współczesne tendencje dotyczące szkolnictwa wyższego

W ostatnich dekadach, szczególnie od lat dziewięćdziesiątych, szkolnictwo wyższe w większości krajów znajduje się w objęciach „reform” odpowiadających panującej poza szkolnictwem ideologii neoliberalizmu. Problemy w światowej gospodarce od lat siedemdziesiątych XX wieku, charakteryzujące się ogólnie niższą stopą zysku i częstszymi okresami kryzysowymi, spowodowały rozkwit ideologii głoszącej prywatyzację, deregulację i danie wolnej ręki „siłom rynku”. Faktycznie oznaczało to przeniesienie kosztów strukturalnego kryzysu kapitalizmu na klasy niższe, tyle że przy hałaśliwej propagandzie „wolności” i „osobistej odpowiedzialności”. Edukacja nie mogła pozostać w tyle za zmianami gospodarczymi i ideologicznymi. Pod hasłami odejścia od skostniałych biurokratycznych struktur naciskano na konieczność „mobilności” i „kreatywności” odpowiadających „gospodarce opartej na wiedzy” (jedno z typowych neoliberalnych zaklęć). Uczelnie w większym stopniu miały pozyskiwać dla siebie pieniądze, a za ideał stawiano model panujący w USA, gdzie prywatny biznes ma znaczny udział w finansowaniu szkół wyższych.  W efekcie, w takich krajach, jak Brytania, Niemcy czy Austria wprowadzono czesne dla studentów. Dla pracowników zmiany oznaczały odchodzenie od etatowości na rzecz umów czasowych czy zatrudnianie firm zewnętrznych świadczących usługi dla uczelni.

W 1999 r. ministrowie edukacji 29 krajów europejskich (w tym Polski) podpisali tzw. deklarację bolońską, która stała się symbolem przemian. Obok promocji „mobilności” itp. wprowadziła ona konieczność fabrycznej standaryzacji procesu kształcenia, poprzez obowiązkowe studia w systemie 3+2 (konieczność licencjatu) i stosowanie systemu punktów kredytowych (tj. ECTS- European Credit Transfer System) mających w teorii odpowiadać czasowi nauki studenta. Studiowanie oznacza więc coraz bardziej nie zdobywanie wiedzy, ale odpowiedniej liczby punktów. Pracownicy zasypywani wciąż nowymi formularzami głowią się z kolei nad przeliczaniem domniemanego czasu potrzebnego przez studentów na zdobycie (ściśle) określonych umiejętności na punkty ECTS. Do komercjalizacji dołączył więc rozrost biurokratycznych absurdów.

Wdrażanie neoliberalnych reform nie obyło się bez oporu. W wielu krajach mieliśmy do czynienia z powrotem, po latach niebytu, studenckich protestów i strajków. Masowe akcje przeciw wprowadzeniu czesnego, komercjalizacji i „bolonizacji” miały miejsce m. in. we Francji, Brytanii, Niemczech, Włoszech i Austrii. Jak na razie protesty te nie były w stanie odwrócić trendu, choć w niektórych krajach przyczyniły się do przyhamowania tempa zmian. Np. w Grecji po fali protestów studenckich w 2006 r. władze musiały wycofać się z projektu umożliwiającego tworzenie uczelni prywatnych.

 

Szkolnictwo wyższe

w Polsce po 1989 r.

W Polsce zwrot ku neoliberalnej ortodoksji szedł w parze z ogromnym wzrostem liczby studentów. Miało to bezpośredni związek z restrukturyzacją gospodarki. Pojawienie się masowego bezrobocia wśród młodzieży , jak i nadzieja na uzyskanie lepiej płatnej pracy w nowych branżach powodowały, że pójście na studia, wciąż postrzegane jako jeden z mierników awansu społecznego, stawało się bardziej interesującą opcją. Liczba studentów, która w 1990 r. wynosiła niewiele ponad 400 tys., obecnie sięga blisko 2 mln. Dziś uczy się połowa młodzieży w wieku 19-24 lat, w porównaniu z ok. 12 % w 1991 r. Umasowienie edukacji na poziomie wyższym, która straciła wiele ze swego elitarnego charakteru, jest z pewnością zjawiskiem pozytywnym. Problem w tym, że nakłady na szkolnictwo wyższe pozostawały daleko w tyle za jego liczebnym rozwojem. Mierząc je jako procent PKB nakłady te nie tylko nie wzrosły, ale relatywnie spadły! W 1990 r. wynosiły one 1, 11 %, w 2005 r. 0, 99 %, a w 2010 r. 0, 86 % PKB. W 1995 r. Sejm RP wezwał uchwałą do zwiększenia w ciągu dwóch lat wydatków na szkolnictwo wyższe do 2 % PKB (a na naukę do 1 % PKB). Po piętnastu latach nie wydaje się nawet połowy tej kwoty. Co ciekawe, wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe sytuują Polskę nie tylko poniżej krajów rozwiniętego Zachodu, ale nawet większości krajów o podobnym poziomie gospodarczym. Wydatki na studenta (przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej) sytuują Polskę na szarym końcu krajów OECD, będąc średnio trzykrotnie niższe niż w krajach Europy Zachodniej oraz w tyle za takimi krajami, jak Czechy, Węgry czy Meksyk. Nakłady na badania i rozwój (0, 6 % PKB, wg danych z 2007 r.) są w Polsce ok. trzykrotnie niższe niż wynosi średnia w krajach UE, wyraźnie pozostając w tyle także za takimi krajami, jak Rosja (1, 1 %), RPA (0, 9 %) czy Turcja (0, 8 %).

Dodajmy, że przy prawie pięciokrotnym wzroście liczby studentów, kadra naukowa i dydaktyczna zwiększyła się jedynie o jedną trzecią, co skutkuje oczywistym zmniejszeniem komfortu i jakości studiowania. Niedofinansowanie uczelni odbija się także na warunkach socjalnych studentów. Infrastruktura, w postaci stołówek czy akademików, pozostała na poziomie z 1990 r. Jeszcze w 1999 r. 32 % studentów pobierało stypendia. Po dziesięciu latach już tylko 24 %. Największym jednak ciosem finansowym dla studentów było upowszechnienie opłat za studia. W roku akademickim 2009/2010 spośród ponad 1, 9 mln studentów, jedynie 807 tys. (ok. 41 %) studiowało bezpłatnie (tzn. nie płaciło czesnego). Spośród pozostałych, 460 tys. znajdowało się na płatnych studniach niestacjonarnych w szkołach publicznych, a 660 tys. w płatnych szkołach prywatnych. Rozwój prywatnego szkolnictwa wyższego, często marnej jakości, to także jeden z charakterystycznych elementów ostatniego dwudziestolecia.

 

 Reformy pani

Kudryckiej

Jednak zdaniem Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Barbary Kudryckiej szkolnictwo wyższe rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Taki przynajmniej jest ton jej ostatnich prasowych wypowiedzi. Ale, że może być jeszcze lepiej, ministerstwo poleciło przygotowanie projektu „strategii szkolnictwa wyższego” korporacji Ernst & Young oraz Instytutowi Badań nad Gospodarką Rynkową. Samo w sobie dobrze obrazuje to kierunek myśli naszych rządzących. Nie jest zaskoczeniem, że projekt ogłoszony w lutym 2010 r. przez wyżej wymienione podmioty raźno podąża w kierunku dalszej komercjalizacji. W dniu 14 września 2010 r. opracowany na jego podstawie obszerny projekt zmian w prawie o szkolnictwie wyższym oficjalnie został przyjęty przez Radę Ministrów i wkrótce ma trafić pod obrady parlamentu.

Projekt ten zakłada m. in. rozszerzenie płatności za szkolnictwo wyższe (opłaty za drugi kierunek studiów), dofinansowywanie uczelni prywatnych z budżetu państwa (czyli w praktyce relatywne zmniejszenie finansowania uczelni publicznych kosztem dopłat do zysków prywatnych biznesmenów) oraz umocowanie ustawowe gromadzenia punktów ECTS. Uderzająca jest także inwazja kół biznesowych na szkolnictwo wyższe. Dla przykładu, w Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego i Nauki zasiadać ma więcej przedstawicieli „organizacji pracodawców” (czworo) niż reprezentantów studentów (troje)! Powrót do 50 - procentowych zniżek dla studentów (obniżonych w 2001 r. przez rząd SLD) jest tylko lukrem pokrywającym gorzką pigułkę.

Artykuł 4, ust. 4. znowelizowanej ustawy ma brzmieć: „Uczelnie współpracują z otoczeniem społeczno-gospodarczym, w szczególności w zakresie prowadzenia badań i prac rozwojowych na rzecz podmiotów gospodarczych, w wyodrębnionych formach działalności, w

tym w drodze utworzenia spółki celowej(…), a także przez udział przedstawicieli pracodawców w opracowywaniu programów kształcenia i w procesie dydaktycznym.”

Zwolennicy „reformy” starają się ją przedstawić jako alternatywę dla hierarchizacji i tytułomanii charakteryzujących polskie uczelnie. W praktyce do istniejącego „feudalizmu” dołączy tylko bezpośrednie podporządkowanie interesom magnatów kapitału.

Światełkiem w tunelu jest to, że 14 października 2010 r. odbędzie się pierwszy po 1989 r., organizowany z inicjatywy Związku Nauczycielstwa Polskiego w Uniwersytecie Warszawskim, protest pracowników szkolnictwa wyższego. Do udziału w nim zaproszeni są przedstawiciele wszystkich grup związanych z tym sektorem. Oby ta pierwsza jaskółka, choć jesienna, zwiastowała wiosnę.

Filip Ilkowski

powrót

 

strona główna