Czy Barack Obama stanowi realną alternatywę?

Nie tylko w USA ale na całym świecie aktywiści antywojenni, antyrasiści i ludzie, którzy chcą zmian, cieszą się, że Barack Obama pokonał Hillary Clinton i będzie kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta USA.

Kandydatura Obamy może cieszyć tym bardziej, że pod koniec swojej kampanii Hillary Clinton posługiwała się rasizmem. Mówiła na przykład o “ciężko pracujących Amerykanach – białych Amerykanach”.

Na szczęście ten rasizm nie pomógł jej wygrać. Zdolność Obamy do mobilizowania dziesiątków tysięcy ludzi na wiecach zrobiła swoje. Ludzie naprawdę uwierzyli, że tu jest polityk potrafiący pójść zupełnie inną drogą niż pogardzana administracja Busha. Ale czy naprawdę tak jest?

Najbogatsi i najpotężniejsi Amerykanie myślą, że Biały Dom będzie w bezpiecznych rękach jeśli w listopadowych wyborach dojdzie do zwycięstwa Obamy. To prawda, że Obama dużo pieniędzy zbiera od zwykłych ludzi, którzy wysyłają drobne sumy na konto jego kampanii. Ale Obama otrzymuje również więcej pieniędzy niż jego republikański rywal John McCain ze strony wielkich korporacji. Widocznie nie obawiają się one o interesy amerykańskiego kapitalizmu pod rządami Obamy. Nie boją się na przykład, że będzie on chciał dokonać redystrybucji bogactw pomimo tego, że senator z Illionois słusznie podkreślił, że „w ostatniej dekadzie ponad połowę wzrostu gospodarczego zostało przechwycone [captured] przez czołowy 1 procent obywateli USA”.

Obama zdobył znaczną część swojej popularności dzięki wizerunkowi polityka antywojennego.

Inaczej niż Clinton, nie poparł inwazji Iraku w 2003 r. Pomagają mu także skrajne występy McCaina, który powiedział, że gotów jest być w Iraku 100 lat i nucił na zeszłorocznym spotkaniu “bombardować, bombardować, bombardować Iran” .

Jednak zamiast nawoływać ludzi do większych protestów przeciwko wojnie, Obama rozładowuje ruch antywojenny. Wielu działaczy antywojennych nie tylko popiera jego kampanię, ale robi to zamiast organizować protesty.

Ponadto Obama nie jest wcale taki antywojenny, jak się wydaje wielu jego zwolennikom. Mówi o redukowaniu liczby żołnierzy z Iraku, ale jednocześnie twierdzi, że oczywiście będzie musiał podjąć decyzję uwzględniając sytuację w Iraku i opinie generałów.

Chce ona także zwiększyć liczbę żołnierzy USA w Afganistanie. Żeby pokazać jak twardy jest w obronie interesów amerykańskiego imperium stwierdził, że gotów jest stosować militarną siłę wobec Iranu i bombardować “terrorystów” w Pakistanie.

Nawet po zwycięstwie z Hillary Clinton Obama pokazał jak daleko jest gotów się posunąć, by pokazać że nie jest żadnym radykałem. W wypowiedzi głoszonej na konferencji AIPAC, wpływowej proizraelskiej organizacji lobbystycznej, obiecał Izraelowi 30 miliardów dolarów w ciągu następnych 10 lat, powiedział że był przeciwnikiem dopuszczania organizacji Hamas do uczestnictwa w wyborach w Autonomii Palestyńskiej w 2006 r., i znów potwierdził swoją gotowość do stosowania działań militarnych, by nie dopuścić do posiadania przez Iran broni nuklearnej. Była to odpowiedź dla McCaina, który skrytykował Obamę po jego wypowiedzi o gotowości podjęcia rozmów z liderami Hamasu i Iranu.

Stanowisko wobec Izraela jest papierkiem lakmusowym dla kandydatów na prezydenta. Nie chodzi o to, jak twierdzą niektórzy, że Izrael steruje polityką zagraniczną USA. Przeciwnie, USA dotują Izrael, bo wiedzą że to ich najważniejszy sojusznik na Bliskim Wschodzie, a od drugiej wojny światowej Bliski Wschód to najważniejszy region dla imperialnej polityki USA z powodu znajdujących się tam ogromnych zasobów ropy.

Iluzje co do Obamy są oczywiście związane z iluzjami co do Partii Demokratycznej, które występują podczas każdej kampanii prezydenckiej. Demokraci są niby bardziej “humanitarni”, nie tacy skrajni jak Republikanie. Jednak wojnę w Wietnamie rozpoczął Kennedy, a Johnson wysłał tam ponad pół miliona żołnierzy – obaj byli prezydentami - Demokratami.

Polityczna i militarna dominacja nad Bliskim Wschodem jest od ponad 50 lat istotnym strategicznym celem USA, ale doktryna opisująca ten cel – Doktryna Cartera - została w 1980 r. nazwana po demokratycznym prezydencie.

Obama będzie chciał obchodzić się bardziej taktownie z sojusznikami USA niż robił to Bush, ale ktokolwiek wygra wybory, będzie musiał zmienić styl polityki ze względu na niepowodzenia w Iraku i Afganistanie oraz kryzysu gospodarczego.

W USA są dwie główne partie służące interesom wielkiego biznesu – Demokraci i Republikanie.

Tegoroczne wybory tego faktu nie zmienią.