Globalny kryzys kapitalizmu

Rozwiązanie dla panujących

czy rozwiązanie panujących?

Według słów Baraka Obamy, londyński szczyt G20 był "historyczny" i stanowił "punkt zwrotny". Czy rzeczywiście stanowił on odpowiedź na pogłębiający się kryzys?

Spotkanie w ogóle nie spełniło oczekiwań, jakie w nim podkładano. Na przykład Gordon Brown [premier brytyjski], chcąc przypisać sobie chwałę, mówił o nim, że było decydujące dla wprowadzenia największych "bodźców fiskalnych”, jakie „świat kiedykolwiek widział", obliczanych na 5000 miliardów dolarów z nowym, wartym 1100 miliardów dolarów "programem wsparcia odbudowy kredytów, wzrostu i miejsc pracy w światowej gospodarce". W rzeczywistości, jak następnego dnia zauważył Financial Times (FT), "obiecana suma 1100 miliardów zawierała kwoty, których wykorzystanie zapowiedziano już wcześniej oraz umowy w połowie zrealizowane" a "z 500 miliardów pieniędzy na wsparcie gospodarek borykających się z trudnościami zagwarantowanych dla MFW, niektóre kwoty ogłoszono już wcześniej, a 250 miliardów dolarów było zapowiedzią przyszłych środków".

Komentatorzy mocno oddani idei podbudowywania kapitalizmu byli głęboko pesymistyczni. Według publicysty FT Wolfganga Munchau "pierwszy raz od czasu wybuchu kryzysu dwa lata temu, globalni przywódcy poszli kilka milimetrów dalej niż od nich oczekiwano. Lecz szczyt londyński zakończył się całkowitym niepowodzeniem w kwestii ustalenia planu, co należy robić. Ani jedna z jego rezolucji nie posunie świata ani o mały krok bliżej w kierunku rozwiązania globalnego kryzysu ekonomicznego"

Martin Wolf, inny publicysta FT, komentował podobnie: "Czy spotkanie grupy dwudziestu w Londynie w zeszłym tygodniu wprowadziło światową ekonomię na ścieżkę trwałego uzdrowienia? Odpowiedź brzmi - nie."

Jednak giełdy odnotowały wzrosty w następstwie szczytu. Obama mówi, że "tli się nadzieja", a Ben Bernanke z Rezerwy Federalnej twierdzi, że są "wstępne oznaki" zaniku ostrego spowolnienia działalności gospodarczej.

Tego samego dnia, którego Obama wygłosił swoje oświadczenie, Organizacja na rzecz Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), międzynarodowe ciało badawcze, ogłosiła raport mówiący, że "najważniejsze wskaźniki dla czołowych gospodarek wciąż pokazują silne spowolnienie w każdej z jedenastu głównych monitorowanych gospodarek".

Zapowiada się, że "aktywność gospodarcza w obszarze OECD" spadnie o średnio 4,3 procenta w 2009 roku, a poziom bezrobocia w wielu krajach osiągnie dwucyfrowy poziom pod koniec roku "po raz pierwszy od początku lat 90-tych".

Dodatkowe 610 000 Amerykanów poszło w kwietniu na zasiłek. Produkcja przemysłowa USA spadła o 12,8 procenta względem poziomu sprzed roku. W Europie produkcja spadła o 18,4 procenta, a w Japonii o potężne 38 procent.

Ale ogromne sumy rządowych pieniędzy muszą przynosić jakiś efekt?

 Konieczne jest rozróżnienie pomiędzy szerokimi sumami przekazanymi bankom w celu zatrzymania ich upadku, a sumami  użytymi w "pakietach stymulujących" - czyli utworzenia rynku dla dóbr i usług, które prowadzą firmy.

Według OECD, te "uznaniowe" środki stymulujące podniosą średnio całościowy produkt krajowy o jedynie 0,5 procenta w 2009 i 2010 roku. Dodatkowo są, to prawda, "nieuznaniowe" wzrosty wydatków rządowych - na przykład wydatki, które rosną automatycznie wraz z rosnącym bezrobociem, jak zasiłki i wypłaty świadczeń socjalnych.

Wydatki muszą przynosić jakieś efekty. Ale nie zatrzyma to efektu rykoszetu kryzysu w całej gospodarce. Jak ktoś traci pracę, wypłata zasiłku nawet w przybliżeniu nie zrekompensuje strat w sile nabywczej osoby nieotrzymującej płacy - a to oznacza, że rynek na rzeczy produkowane przez innych ludzi kurczy się, i że oni również są zagrożeni utratą pracy.

Do tego dochodzi sposób, w jaki firmy próbują zabezpieczyć swe zyski przed kryzysem poprzez zamrożenie płac czy cięcia płac. Cięcie płacy jednej osoby jest ograniczonym rynkiem dla dóbr produkowanych przez kogoś innego i zagrożeniem dla jego miejsca pracy.

 Czym jest „ułatwienie ilościowe” („quantitative easing”) i jaką rolę odgrywa?

Sprowadza się to w efekcie do drukowania przez rząd pieniędzy poprzez udostępnianie kredytu bankom i korporacjom na zerowym oprocentowaniu. Jest to pomyślane w celu zachęcenia ich albo do wydawania na inwestycje w swoją własną działalność albo do pożyczania innym, by to robili. Jest to również prowadzone celem utrzymania odsetek ogólnie na tak niskim poziomie, żeby ludzie nie widzieli sensu w oszczędzaniu. Ale nie może to działać, gdy firmy i poszczególne osoby są przekonane, że muszą trzymać się każdego grosza, jeśli nie mają pozostać bez pieniędzy.

Ekonomiści rozróżniają między problemami "płynności" i "wypłacalności”. Problemy płynności pojawiają się, gdy nie możesz spłacić rachunku, ponieważ jeszcze nie dostałeś pieniędzy, które ktoś bez wątpienia ci zapłaci w jakimś momencie w relatywnie bliskiej przyszłości. W takiej sytuacji pomagają pieniądze, które firma lub bank mogą wziąć na podstawie "quantitative easing" .

Problemy wypłacalności pojawiają się, gdy jesteś dłużny więcej niż inni są dłużni tobie. W takiej sytuacji „quantitative easing” nie jest w ogóle pomocne.

Banki, które padły w zeszłym roku, cierpiały z powodu problemów wypłacalności. Pożyczały od innych, by móc udzielać pożyczek na zakup nieruchomości w nadziei, że ceny będą bez przerwy rosły. Gdy ceny domów i nieruchomości zaczęły spadać, banki nagle nie były w stanie spłacić własnych długów. I gdy jeden bank padał, inne, które mu pożyczały, zostały w rezultacie dotknięte. Rządy dały bankom pieniądze w nadziei, że te będą miały wystarczająco dużo rezerw (ich "kapitału”), by wypełnić wszelkie luki w swoich bilansach płatniczych. Obecnie „quantitative easing” służy temu, by banki mogły ponownie udzielać pożyczek.

Czy to działa?

Jedną z oznak szaleństwa systemu jest to, że nikt nie zna żadnego sposobu na rozpoznanie sytuacji. Nawet ci na górze w każdym banku nie wiedzą ile spośród pożyczek, których udzielili w przeszłości, jest do odzyskania i dlatego nie wiedzą też, czy mogą spłacić to, co sami są dłużni. I gdy podejrzewają, że sprawy mogą iść źle, mają wiele powodów, by utrzymywać to w tajemnicy w nadziei, że mogą pożyczyć więcej, by wydobyć się z kłopotów.

Są więc bardzo różne szacunki dotyczące tego, jakie są straty banków w USA - 400 miliardów dolarów, 800 miliardów, 1600 miliardów. Jeśli to pierwsza liczba, wtedy pieniądze wpompowane w system bankowy wystarczą do tego, by przywrócić je do działania. Jeśli to ostatnia liczba, wtedy będzie więcej upadków wielkich banków i dalsze pogorszenie jakościowe kryzysu.

 Ważne głosy z kręgów establiszmentu obawiają się, że nacjonalizacja całego systemu bankowego może się okazać jedyną drogą do uratowania kapitalizmu przed nim samym.

James Baker był członkiem rządów Ronalda Reagan'a i George'a Busha seniora. "Większość dotychczasowych propozycji zakłada" - pisze - "że gdy zaufanie do rynków finansowych zostanie odbudowane, banki odżyją. Lecz gdy ich hipoteza jest błędna, ryzykujemy uwiecznieniem amerykańskich banków zombie i koniecznością ścierpienia straconej amerykańskiej dekady". Jego konkluzją jest, że państwo być może będzie musiało podjąć działania, włączając w to pozbycie się udziałowców banków, które działają wbrew jego całej filozofii politycznej: "Odczuwam wstręt do idei własności rządowej - czy to częściowej czy całkowitej - nawet gdy jest tylko tymczasowa. Niestety, możemy nie mieć wyboru".

Lecz udziałowcy banków są niezwykle potężni i zrobią wszystko, co w ich mocy, by się jakiemukolwiek takiemu ruchowi oprzeć. I mają oni nadzieję otrzymać wsparcie od tych wszystkich, którzy obawiają się zagrożenia dla świętego prawa własności prywatnej. Obawa przed takimi reakcjami powstrzymała "liberałów" w administracji Obamy i Kongresie USA przed wspominaniem o takich propozycjach, które nawet Republikanie, tacy jak Baker, uważają za nieuchronne.

Zamiast podejmowania jasnych decyzji, rząd USA przeprowadzał "testy stresu" na największych bankach - politykę, która według waszyngtońskiego korespondenta FT Edwarda Luce, prowadzi do „odroczenia dnia rozliczenia, aby kupić chwilę wytchnienia”.

Munchau argumentuje, że "rządy są w trybie „poczekamy, zobaczymy”- czekaj, aż istniejące bodźce ruszą i zobacz, jak zareaguje gospodarka". Podczas gdy oni czekają, by zobaczyć, poziom zanikania miejsc pracy może tylko wzrosnąć.

Nie ma więc możliwego uzdrowienia?

Zwolennicy systemu zawsze próbują pocieszać się myślą, że każdy wcześniejszy kryzys systemu ostatecznie się zakończył. Ale może to zająć strasznie dużo czasu. W latach trzydziestych zajęło to dekadę gospodarczej dewastacji i najgorszą wojnę jaką ludzkość znała, zanim system powrócił do swojego dawnego wzrostu.

Sam rozmiar pakietu bodźców oznacza, że jest mało prawdopodobne, że nie odniosą jakichś skutków. Ale istnieją trudne do rozwiązania problemy.

Pierwszy polega na tym, że każde uzdrowienie zależy w dużej mierze od wielkich kapitalistów decydujących, że zyski, które można zarobić poprzez inwestowanie i zatrudnianie pracowników, będą wystarczające duże, by zrównoważyć ryzyko.

Ale nawet „lata baniek” nie były wystarczające do podniesienia  poziomu inwestycji produkcyjnych do znaczącego stopnia.

 Liczby przedstawiane przez radykalnych ekonomistów Roberta Brennera, Davida Kotza, Anwara Shaikha i innych sugerują, że rentowność została tylko częściowo odzyskana, po tym jak spadła do bardzo niskiego poziomu ćwierć wieku temu.

Uzdrowienie oparte było więc na redukcji udziału płac w dochodzie narodowym, więc redukcji zdolności ludzi do kupowania wszystkich dóbr, które gospodarka jest zdolna wyprodukować. W rezultacie boomy zaczęły zależeć od krótkotrwałych baniek spekulacyjnych.

Ostatnie wyliczenia będącego częścią głównego nurtu doradcy ekonomicznego Andrew Smithersa sugerują, że dochody przemysłowe USA były sztucznie zawyżone w ostatniej dekadzie o 22 procent poprzez włączenie w nie spekulacyjnych wzrostów wartości nieruchomości.

Szefowie każdej korporacji mieli bodziec do sztucznego nadmuchiwania swych zysków celem uzasadnienia ich niezwykle wysokich wypłat i bonusów poprzez opcje udziałów itp. Teraz bańka pękła i ujawniła bezwzględną prawdę o faktycznej dochodowości - co widać na przykładzie niezwykłych problemów General Motors. Mechanizmy automatycznego uzdrowienia w gospodarce są naprawdę bardzo słabe.

 

Ale czy oni nie mogą znaleźć drogi powrotu do zyskowności?

Historycznie fakt, że niektóre bardzo wielkie firmy upadały, mógł rozwiązać problem zyskowności innych. Te drugie mogły kupić ich teren i wyposażenie po niskiej cenie. Ale gdy wielkie firmy upadają dzisiaj, może to wywołać takie zniszczenia, że ich konkurenci także ucierpią. Nawet prawicowe rządy uznają je za "zbyt wielkie, by upaść" i wspierają je finansowo. To powstrzymuje dewastacyjny upadek całych gospodarek, ale tym samym mechanizmem powstrzymuje się szybkie wyjście z kryzysu i zmusza rządy do prób wyjścia z sytuacji przy pomocy pakietów stymulacyjnych.

Jakie inne problemy im towarzyszą?

Efekty pakietów są ograniczone, bo kryzys jest globalny, a one są narodowe.

Jednym istotnym czynnikiem w kryzysie był rosnący brak równowagi w ciągu ostatnich dwóch dekad w ramach światowej gospodarki. USA, Brytania i mniejsze kraje, jak Irlandia, oraz państwa wschodnioeuropejskie stały się coraz bardziej zależne od długu, jaki był do zapłacenia za wszystko co ich rządy i ludzie kupowali. Wiele pożyczek przyszło ze strony banków z zysków zarobionych w gospodarkach innych krajów jak Chiny, Japonia i Niemcy - a te zyski z kolei pochodziły z eksportu do USA, Brytanii itd., które były spłacane z zadłużenia. Właśnie ta karuzela udzielania pożyczek i pożyczania pozwoliła na to, że chciwość bankierów utraciła kontakt z rzeczywistością w czasie trwania bańki.

Teraz inne drogi, jakimi rządy odpowiadają na kryzys, tworzą na nowo braki równowagi i mogą w najlepszym razie doprowadzić do krótkotrwałej bańki. Rząd brytyjski i amerykański pożyczają, by płacić za pakiety stymulacyjne, podczas gdy kontynentalne gospodarki europejskie robią znacznie mniej i mają nadzieję, że ich kapitaliści mogą polegać na eksporcie do USA. Rządy chiński i japoński mają duże pakiety stymulacyjne, ale wciąż polegają na eksporcie, podczas gdy inne kraje, jak Brytania, liczą na upadek międzynarodowej wartości swych walut, by wesprzeć eksport.

Problem w tym, że każdy rząd reaguje na naciski ze strony wielkich miejscowych firm. Nawet największe ponadnarodowe korporacje zależą w bardzo dużej mierze od jednej gospodarki narodowej i jej rządu - i od tego zależy ich produkcja, sprzedaż i zyski. Ale to oznacza rzecz, której rządy nie mogą robić, czyli współpracować, by uzgodnić plan dla osiągnięcia ponownej równowagi w globalnej gospodarce. To tłumaczy gorzkie nieporozumienia w tle wydarzeń szczytu G20.

Francuski i niemiecki rząd mówiły w efekcie, że wszystko czym USA i Brytania są zainteresowane, jest odbudowa potęgi swoich systemów bankowych, by dominować nad innymi krajami. USA i Brytania mówiły, że wszystko czym Niemcy i Francuzi byli zainteresowani to eksportowanie na ich koszt. Chińczycy winili USA za kryzys. USA obwiniało Chińczyków za utrzymywanie na niskim poziomie wartości swojej waluty, juana, by podcinać innych na światowych rynkach.

W rezultacie nawet twardogłowi zwolennicy systemu jak Wolf myślą, że jakiekolwiek uzdrowienie w średnim okresie nie będzie mogło się utrzymać zbyt długo. Narzeka on, że "świat jest na drodze do niedającego się utrzymać uzdrowienia. Niedające się utrzymać uzdrowienie może być lepsze niż żadne, ale to nie wystarczy". Inni są jeszcze bardziej pesymistyczni.

 

Czy to z tego powodu pojawiła się obawa, że cały szczyt się rozpadnie?

Zdolność jakiegokolwiek rządu do chronienia swoich krajowych korporacji zależy od jego zdolności do podkreślania swojej obecności w skali międzynarodowej. Rząd USA szczególnie stoi w obliczu poważnych problemów w tej kwestii.

Próba zagwarantowania, że XXI wiek będzie "nowym wiekiem amerykańskim" spaliła na panewce za sprawą militarnych niepowodzeń w Iraku i Afganistanie. Nawet zaprawieni podżegacze wojenni z USA widzą więc potrzebę, by Obama przyjął bardziej miękką postawę wobec Iranu, Rosji, a nawet Wenezueli i Kuby. Ale jednocześnie kryzys oznacza, że kapitaliści jeszcze bardziej niż w przeszłości potrzebują silnego państwa amerykańskiego, które będzie zdolne przepchnąć ich interesy. To tłumaczy zwiększenie liczby amerykańskich żołnierzy wysłanych do Afganistanu, rozprzestrzenienie się wojny afgańskiej na terytorium Pakistanu i pozostawanie 50 tysięcy żołnierzy w Iraku, rzekomo w celach „szkoleniowych”.

W tym samym czasie inne potęgi próbują skorzystać na słabnącej pozycji USA celem podkreślenia swojej pozycji, z chińskimi posunięciami w Afryce i ugruntowywaniu przez rząd Rosji swojej pozycji w bliskich USA byłych republikach radzieckich. Sposób, w jaki narodowe gospodarki popadają w ruinę za sprawą kryzysu, dodaje napięć w tych regionach. Nowe wybuchy są więc możliwe w każdej chwili w Azji Południowej, Azji Centralnej, Europie Wschodniej, na Bliskim Wschodzie albo w Afryce Północno-Wschodniej.

 Hilary Clinton zawsze była podżegaczką wojenną. Pokazała to głosując za wojną w Iraku i wspierając okupację. Teraz cała presja wywierana będzie na Obamie, by także stał się podżegaczem. W rzeczywistości, po zbombardowaniu wiosek w Pakistanie już się nim stał, nawet gdy jego język jest wciąż o wiele mniej wściekły niż język Busha.

Jakie są perspektywy tutaj, w Brytanii?

Recesja staje się pogarsza. Nawet Konfederacja Brytyjskiego Przemysłu, która wydała nagłośnione prze media oświadczenie, że najgorsza część kryzysu jest już za nami, właściwie spodziewa się, że gospodarka skurczy się o 3,9% w tym roku - więcej niż wcześniejsze prognozy mówiące o 3,3%. Przekłada się to na potworną dewastację życia dalszego miliona ludzi i ich rodzin poprzez bezrobocie. Oznacza to również dla milionów więcej zamrożonych płac, cięć płacowych w czasie, gdy podwyższone ceny żywności i energii z zeszłego roku wciąż są z nami, cokolwiek mówią oficjalne liczby.

Ale jednocześnie wraz z recesją pozostaje koszt pieniędzy wpompowanych w banki. Wyliczenia Międzynarodowego Funduszu Walutowego sugerują, że koszt rządowego wsparcia banków w Brytanii sięgnie 13% PKB lub 200 miliardów funtów. Martin Wolf uważa, że jest to "zbyt optymistyczne".

Financial Times przyjrzał się w zeszłym miesiącu z dużą uwagą rodzajom cięć, które mogą zostać wprowadzone. Sugestie zawierały ograniczenie wydatków na ochronę zdrowia i edukację, całkowite zamrożenie płac w sektorze publicznym, redukcję uprawnień emerytalnych w sektorze publicznym, obciążenie ludzi opłatami za wizytę u lekarza, możliwość redukcji dopłat do opału na zimę dla osób starszych, jak również do biletów komunikacji i recept.

Zmiękczony proces dla takich ataków już się rozpoczął wraz z nieustającą kampanią medialną na temat rzekomych przywilejów związanych z pracą w sektorze publicznym.

Ale z całą pewnością takie cięcia ograniczyłyby zdolność ludzi do nabywania i pogorszyłyby kryzys?

Z całą pewnością. Oto dlaczego niektórzy ekonomiści mówią o recesji „w kształcie litery W”, z częściowym uzdrowieniem, w następstwie którego nastąpi gwałtowny spadek i ostrzegają przed niebezpieczeństwami jakie to niesie dla kapitalizmu. Mamy do czynienia z klasyczną sytuacją, gdy klasa kapitalistyczna nie wie w którą stronę skręcić, by zmierzyć się z kryzysem wyprodukowanym przez swój własny system. Przełoży się to na nowe kryzysy polityczne, z różnymi odłamami klasy rządzącej publicznie spierającymi się ze sobą, podczas gdy dziesiątki milionów rozgoryczonych ludzi na dole społeczeństwa próbować będzie znaleźć drogę do wyrażenia swojej złości. Czeka nas nie tylko ekonomiczna, ale także polityczna i społeczna zawierucha.

- Wywiad z marksistowskim autorem Chrisem Harmanem pochodzi z majowego numeru brytyjskiego Socialist Review. Można go przeczytać w oryginale na: http://www.socialistreview.org.uk/article.php?articlenumber=10817

Tłumaczył Bartek Zindulski