Czy ruch
potrzebuje liderów?

Wśród wielu aktywistów nowego ruchu „antyglobalistycznego“ lub antywojennego panuje pogląd „antyorganizacyjny“. Twierdzą, że spontaniczność ruchu wystarczy, że ani organizacja polityczna ani „przywództwo“ wewnątrz ruchu nie są potrzebne lub wręcz szkodliwe dla ruchu, że przecza demokracji.
Myślą, że każde ugrupowanie polityczne ma swoich liderów a liderzy zawsze tworzą grupę elitarną i zdradzają członków organizacji.
W każdym nawet najbardziej spontanicznym ruchu trzeba jednak podjąć różne ważne decyzje o dalszych krokach działania. Mogą np. być dyskusje między ludźmi, którzy uważają, że drogą parlamentarna i ustawodawcza może zastąpić budowanie oddolnego ruchu a ludźmi przeciwnego zdania. Bardzo często kwestia, czy ruch ma rosnąć w siłę czy też iść wstecz, zależy od inicjatywy i propozycji mniejszości działaczy, którzy potrafią organizować się i przekonać większość do swojej racji. Na tym właśnie polega przywództwo.
Dlatego w Pracowniczej Demokracji uważamy, że trzeba tworzyć organizację „liderów“, którzy mogą przekonywać innych oraz wejść w dialog z nimi aby działanie w ruchu było jak najbardziej skuteczne.
Przykładem może być grupa działaczy antywojennych (niektórzy z nich to członkowie Pracowniczej Demokracji, niektórzy nie), która uczestniczyła w Przystanku Woodstock namawiając ludzi do przybycia 27 września do Warszawy na ogólnokrajową demonstrację przeciw okupacji Iraku. To jest przykład bycia liderem.

Strategia
W ruchu antywojennym są różne dyskusje, co do strategii (niektórzy twierdzą, że w ogóle nie należy mówić o strategii). Część ludzi twierdzi np., że kilkuosobowe akcje są równie ważne (lub ważniejsze) niż masowe demonstracje. Wystarczy skontaktować się z mediami i wiele osób dowie się o sprzeciwie wobec wojny w Iraku. Natomiast według nas uczestnictwo jak największej liczby ludzi jest ważnym celem. Uczestnictwo w dużej demonstracji pomaga ludziom wrócić do swoich środowisk i tam stać się „liderami“, dalej budując ruch. Małe akcje mogą służyć przede wszystkim budowaniu masowych ulicznych demonstracji.
Tak czy inaczej kształtują się różne kierunki wewnątrz ruchu, ludzie dzielący te same poglądy organizują się mniej lub bardziej ściśle. Organizacja jak Pracownicza Demokracja przyczynia się do tego, żeby dyskusje o najskuteczniejszych metodach i konkretne inicjatywy do działania były rozpowszechnione na skali krajowej. Jeśli nie będzie oddolnych liderów, zapanuje bierność i ruch będzie poddatny na przejęcie przez róźne biurokracje typu Unia Pracy czy liderzy związkowi (np. w przypadku strajku). Takie biurokracje doprowadzą ruch do klęski, ponieważ szukają kompromisu z istniejącym systemem i opierają się na bierności większości.
Drugim skutkiem braku „przywództwa“, bardziej w stylu anarchistów lub autonomistów, może być rozproszenie się ruchu na malutkie grupki, które nie będą w stanie skutecznie działać.

Wiek temu, tacy lewicowi działacze jak Daniel De Leon i Róża Luksemburg zauważyli pewien nowy problem, stający się coraz bardziej powszechny w rozwijających się organizacjach ruchu klasy robotniczej. Zawodowi liderzy zaczęli dominować nad wewnętrznym i zewnętrznym życiem związków i partii socjalistycznych. Jednocześnie zmniejszając kontrolę ich członków nad organizacjami i osłabiając opozycję wobec klasy rządzącej. W konsekwencji rzeczywiście otwarcie stali się antyrewolucyjni. Ten problem pojawił się we wszystkich krajach gdzie prężnie rozwijał się system kapitalistyczny.
Aby wyjaśnić to zjawisko, cyniczny prawicowy niemiecki socjalista, Robert Michels, sformułował pojęcie „żelazne prawo oligarchii“. Według niego biurokracja była nieunikniona, co resztą przedstawił w swojej książce „Partie Polityczne“. Jego zdaniem żaden ruch nie może zwyciężyć bez organizowania się, a to oznacza biurokrację, która zawsze będzie stała na drodze demokracji. Dlatego nigdy nie powstanie prawdziwie demokratyczne społeczeństwo.
Stuletnie doświadczenia Partii Pracy i innych socjaldemokratycznych ugrupowań w Europie tylko dowodzą jego argumentacji. Podobnie sytuacja wygląda w związkach zawodowych. Jeśli zarówno zachodnioeuropejskie jak i amerykańskie doświadczenia dowodzą racji Michelsa, to tak zwany "komunizm" stalinowskiej Rosji i Wschodniej Europy jeszcze bardziej wzmacnia jego tezę. Liderzy w tym bloku nie tylko zawiedli swoich zwolenników - torturowali i mordowali swoich przeciwników, również wewnątrz organizacji.
Suma sumarum, wynika z tego, że przywództwo jest zdecydowanie negatywnym zjawiskiem! A opozycja wobec niego jak najbardziej zrozumiała. Jednak nie jest to aż tak oczywiste.
Po pierwsze Michels oparł swoją tezę na założeniu, że większość ludzi jest łatwowierna i bardzo szybko ulega wszelkim naciskom, co ułatwia liderom zdobycie silnej pozycji. Tak więc jego zdaniem naturalny obraz społeczeństwa to „wiele głupich owiec/baranów i zaledwie kilku wilków“. Taki pogląd jest bardzo elitarny, gdyż nie dopuszcza organizowania się i oporu „zwykłych“ ludzi. Natomiast ten opór stał się tak powszechny w XX wieku, że krytycy Michelsa zaproponowali aby jego „żelaznemu prawu oligarchii“ przeciwstawić inne prawo - „żelazne prawo demokracji“.

Demokracja nie biurokracja
To tylko w sytuacji bierności i klęski ruchów oddolnych biurokracja (np. w porewolucyjnej Rosji) jest w stanie przejąć kontrolę i rozbić oddolną demokrację.
Tak więc jaka jest najlepsza droga, częsty przedmiot dyskusji pomiędzy socjalistami, wiodąca do ograniczenia a w konsekwencji zniesienia biurokracji związkowych? Odpowiedź jest krótka i wydaje się być właściwa - poprzez mobilizację „zwykłych“ ludzi. Jednak to również wymaga „przywództwa“.
Przecież powszechne są sytuacje gdy jedna grupa proponuje działanie w przedstawionym przez siebie kierunku natomiast druga wskazuje na inne działanie. W efekcie przeciwstawianie się jednemu kierunkowi oznacza oferowanie innego i jednocześnie obieranie pozycji lidera.
W ruchu niektórzy mówią: „Nie chcemy liderów“ - problem polega na tym, że w ten sposób sami oferują przywództwo! Za każdym razem, gdy prowadzimy z kimś rozmowę chodzimy w pewien układ. Sugerując coś obieramy pozycję lidera a zgadzając się z rozmówcą pozycję podążającego za liderem. Podobnie, starając się kogoś przekonać, że „ziemia nie jest płaska“ zmierzamy do tego aby być liderem. Tak więc pozycja lidera przyjmowana jest przez różne osoby w zależności od charakteru rozmowy i argumentacji. Nie przeczy to demokracji, raczej jest jej elementem. Jeśli w ten sposób będziemy postrzegać i prowadzić dyskusje, to będziemy mogli bardziej racjonalnie dyskutować nad coraz ważniejszymi kwestiami.
Jednak jak sprawić aby przywództwo było odpowiedzialne wobec reszty ruchu? Jak zapewnić aby każdy kto ma coś do powiedzenia mógł się wyrazić? Jakie rodzaje przywództwa wzmacniają tych, którzy je sprawują a jakie pozwalają na ich większą kontrolę?
Demokracja - podstawowa zasada i cel socjalistów - wiąże się z nieustanną dyskusją. Natomiast dyskusja polega na „przewodnictwu“ - udanym lub nie.

Opracowany na podstawie artykułu Colina Barkera przez Kasię Puzon
(Colin Barker jest autorem Solidarność: od Gdańska do Stanu wojennego zob. s. 9)