Kryzys imperializmu amerykańskiego

Kilka miesięcy temu Chris Harman przemawiał w Porto Alegre. Tłumaczył dlaczego USA stawiają swoją imperialną przyszłość na Irak. Publikujemy jego przemówienie, które ukazało się w brytyjskim Socialist Review z września 2004 r. Chris jest redaktorem naczelnym International Socialism Journal.

Obecna sytuacja w Iraku staje się przyczyną narastającego kryzysu amerykańskiego imperializmu. USA znalazły się w sytuacji analogicznej do tej z czasów wojny wietnamskiej, gdy rozpoczęła się ofensywa Tet w lutym 1968 roku. Momentu, w którym, większość amerykańskiej klasy rządzącej już rozumiała, że prawdopodobieństwo poniesienia klęski w Wietnamie jest bardzo realne, ale nie widziała wyjścia z sytuacji. Całe siedem lat zajęło Stanom Zjednoczonym wycofanie się z Wietnamu. W międzyczasie dwóch prezydentów straciło swój urząd, armia amerykańska poniosła klęskę, a amerykański imperializm przeszedł poważny kryzys, jeśli chodzi o możliwość narzucania swojej woli innym krajom na świecie. Irak sprawił, że obecnie amerykański imperializm staje w obliczu podobnego zagrożenia. Gazety takie jak Financial Times, Washington Post, Economist czy New York Times, które popierały wojnę z Irakiem, teraz piszą o groźnych konsekwencjach, jakie ta wojna niesie. Na przykład Financial Times zatytułował jeden ze swoich artykułów "Irak to katastrofa, lecz przyszłość świata zapowiada się jeszcze gorzej"- jednak czarnowidztwo to dotyczy przyszłości świata kapitalistycznego.
Żeby dobrze pojąć to, co dzieje się obecnie na świecie musimy zrozumieć, na czym polega zjawisko imperializmu, poznać je w sposób bardziej dogłębny niż to się zazwyczaj czyni. Istnieje tendencja by traktować je jako dominację krajów zaawansowanych nad zacofanymi. Jest to bardzo ważny element, ale według teorii rozwiniętej przez Lenina i Bucharina imperializm to połączenie władzy państwowej i wielkich monopoli mające miejsce w państwach wysokorozwiniętych, doprowadzające do przekształcenia się konkurencji między kapitałami w konkurencję między państwami, co prowadzi prosto do konfliktów militarnych. Ogromne monopole w poszczególnych krajach wykorzystują aparat władzy, by rozszerzać swoje wpływy i zwalczać konkurencję wielkich monopoli z innych krajów. Z tej klasycznej teorii wynika więc, że imperializm zawsze prowadzi do wojny, po której następuje okres zbrojnego pokoju przerwany kolejna wojną i tak dalej.
W tym ciągłym cyklu następujących po sobie okresach wojny i pokoju w ostatnich 30 czy 40 latach nastąpiła zmiana. Jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku wielkie kraje kapitalistyczne produkowały głównie na potrzeby wewnętrznych mocno regulowanych rynków. To, czego doświadczyliśmy w ciągu ostatnich 30 lat to narastające wzajemne przenikanie się gospodarek. Jednak to nie likwiduje zagrożenia konfliktami międzypaństwowymi, ponieważ każda międzynarodowa korporacja jest umiejscowiona w jakimś konkretnym kraju. Ludzie, którzy stoją na czele takiej korporacji są zazwyczaj związani z establishmentem tego kraju i traktują władzę państwową jako jedno z narzędzi w konkurencji z innymi korporacjami pochodzącymi z innych krajów.
Jeśli przeanalizować skład rad zarządzających największych firm amerykańskich, to okazuje się, że większość w nich stanowią Amerykanie; Microsoft ma jednego prezesa nie-Amerykanina, Boeing i Exxon - żadnego. Wielkie korporacje mają narodowe podstawy i traktują państwa narodowe jako narzędzie nacisku na konkurencyjne firmy z innych krajów.
Zapanowała teraz modna teoria ludzi takich, jak Antonio Negri mówiąca, że wzajemne przenikanie narodowych kapitałów, ich umiędzynarodowienie prowadzi do powstania abstrakcyjnego "Imperium", nie imperializmu. W rzeczywistości umiędzynarodowienie kapitału, nie tylko nie likwiduje konfliktów między poszczególnymi państwami narodowymi, ono je nawet wywołuje. Obrady WTO są przykładem negocjacji prowadzonych przez delegacje państwowe, ale w interesie narodowych kapitalistów. Wszystko się tu liczy, nie tylko siła ekonomiczna, ale także siła militarna - potencjał umożliwiający zdobycie i utrzymanie hegemonii nad innymi.
Najsilniej wzajemne przenikanie się gospodarek zachodzi miedzy krajami wysoko rozwiniętymi. Chiny są wielkim odbiorcą zagranicznych inwestycji, Brazylia i Meksyk niewielkimi, natomiast większość krajów na świecie nie jest prawie wcale przedmiotem zainteresowania inwestorów. Strumień pieniędzy inwestorów płynie tam gdzie leżą źródła zysku; USA, Europa, Japonia, oprócz tego Chiny, w mniejszym stopniu Brazylia, Meksyk i jeszcze jeden czy dwa kraje. Stany Zjednoczone inwestują w Europie 500 razy więcej niż w Indiach. Europa dla amerykańskich kapitalistów jest ważniejsza, choć w Indiach żyje 3 razy więcej ludzi niż tu.
Walka o władzę
Koncentracja zagranicznych inwestycji w innych krajach wysoko rozwiniętych stwarza komplikacje, jeśli chodzi o wykorzystywanie siły państwa dla zapewnienia sobie przewagi nad rywalami. Amerykańscy kapitaliści nie mają ochoty bombardować swoich fabryk leżących w Europie. Podobnie europejscy biznesmeni, nawet gdyby mieli takie możliwości, nie zrzucaliby bomb na swoje zakłady w USA. Mogą oni jednak wykorzystywać różne konflikty na całym świecie by prowadzić między sobą rywalizację.
I tu pojawia się od razu zagadnienie Bliskiego Wschodu - miejsca gdzie produkuje się surowiec niezbędny dla każdej kapitalistycznej gospodarki świata - ropę naftową. Walka o kontrolę nad złożami ropy naftowej jest walką o kontrolę jednego bloku kapitalistycznego nad innymi blokami kapitalistycznymi.
Większość ropy naftowej używanej w USA pochodzi z zachodniej półkuli - z samych Stanów Zjednoczonych, Kanady, Meksyku i co bardzo znamienne - z Wenezueli. Nie jest to wcale ropa z Bliskiego Wschodu. Jednak duża część tego surowca potrzebnego w gospodarce europejskiej jest sprowadzana właśnie z krajów arabskich, prawie cała ropa dla Japonii pochodzi stamtąd, a Chiny stają się coraz bardziej zależne od ropy bliskowschodniej.
Jaka jest równowaga sił pomiędzy różnymi mocarstwami kapitalistycznymi? Stany Zjednoczone nie są aż tak wszechmocne jak można by sądzić, obecnie ich gospodarka jest podobnych rozmiarów jak gospodarka powiększonej Unii Europejskiej. Są, co prawda, silniejsze gospodarczo niż 10 lat temu, ale w porównaniu z rokiem 1945 dużo słabsze. W owym czasie połowa światowej produkcji miała miejsce w USA, dzisiaj jest to około 22%. Kiedyś poza Związkiem Radzieckim i krajami zdominowanymi przez niego USA kontrolowały właściwie cały świat, teraz rosną rywale Stanów Zjednoczonych. Te zmiany wywołują zaniepokojenie amerykańskich elit rządzących i prowadzą do dyskusji, w jaki sposób można odzyskać utraconą hegemonię.
Jedna z dróg to "racjonalizacja" amerykańskiej gospodarki. Biorąc pod uwagę produkcję wytwarzaną przez każdego zatrudnionego, amerykański przemysł jest bardziej wydajny niż przemysł niemiecki czy francuski, lecz analizując godzinową wydajność pracy to gospodarka francuska jest bardziej efektywna. USA wyprzedzają Francję i Niemcy, ponieważ amerykański robotnik pracuje średnio 400 godzin rocznie więcej
Częścią neoliberalnej ekonomii jest próba narzucenia przez kapitalistów w innych krajach amerykańskich metod pracy, na przykład zwiększenie czasu pracy we Francji z 1400 na 2000 godzin rocznie. Innym przykładem na wzrastający amerykański imperializm jest wyzysk amerykańskich robotników, który próbują naśladować kapitaliści w innych krajach.
Przez ostatnie 15 lat w establishmencie amerykańskim trwa dyskusja jak utrzymać światową dominację USA. Czołowi myśliciele elit rządzących tacy, jak Henry Kissinger czy Zbigniew Brzeziński, zajmują się tym, jak Stany Zjednoczone mogą pozostać na swojej pozycji hegemona w stosunku do innych światowych potęg, z których żadna nie jest tak potężna jak USA, lecz które wspólnie mają większy potencjał ekonomiczny. W obliczu takich zagrożeń rządy USA opracowały dwie strategie.
Pierwsza, jeszcze z czasów Reagana, przed 20 laty polegała na zbudowaniu ogromnej siły militarnej dla zniszczenia przeciwnika (w tym czasie ZSRR), odbyło się to ogromnym kosztem dla gospodarki amerykańskiej. Reagan osiągnął to, o co mu chodziło, stworzył najpotężniejszą armię świata, ale pod koniec lat osiemdziesiątych gospodarki amerykańskiej nie było już stać na tak wysoki poziom wydatków na zbrojenia. Na szczęście dla prezydenta Reagana Rosja zbankrutowała pierwsza.
Potem za rządów Busha seniora i Clintona nastąpił okres, w którym USA polegały na dogadywaniu się z innymi potęgami kapitalistycznymi w celu utrzymania swojej przewagi ekonomicznej. Jednak cały czas pojawiało się pytanie, jak długo da się utrzymać ten stan rzeczy, w którym momencie pojawią się nowe zagrożenia dla amerykańskiego imperializmu.
Gdy Bush junior zasiadł w Białym Domu wraz z nim władzę zyskała grupa polityków i ekonomistów, która już od lat uważała, że USA nie mogą spokojnie patrzeć na to jak inne kraje stają się coraz silniejsze. Argumentowali na przykład, że jeśli Chiny będą się rozwijać w takim tempie jak do tej pory, to w ciągu dwudziestu lat ich gospodarka stanie się silniejsza niż gospodarka USA. Nie jest to zbyt sensowny argument, ponieważ jak wiadomo w ekonomii kapitalistycznej nie ma czegoś takiego jak nieprzerwany wzrost gospodarczy - występują w niej cyklicznie recesje i kryzysy, ale i tak uważano, że nowe rosnące potęgi gospodarcze to problem dla USA. W tej sytuacji twierdzili, że jest tylko jedna droga, by odzyskać utraconą przewagę i umocnić pozycję hegemona światowego na cały XXI wiek.
Wymagało to wejścia w nową fazę zwiększonej produkcji uzbrojenia, by ustanowić na początek bezwzględna przewagę militarną nad światem. Następnie USA musiały stworzyć odpowiednie przykłady, by udowodnić innym swoją siłę. Bardzo dobrym środkiem do tego celu stał się Irak ze swoimi drugimi co do wielkości na świecie zasobami ropy naftowej. Jeśli kontroluje się złoża w Iraku, to będzie się miało kontrolę nad ropą, której potrzebuje Japonia, Chiny i znaczna część Europy. W ten sposób USA zyskałyby większą siłę przebicia w negocjacjach dotyczących handlu, inwestycji i tak dalej To była zasadnicza argumentacja stojąca za "Projektem na Rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia" popieranego przez brata G.W. Busha - Jeba Busha, Paula Wolfowitza, Donalda Rumsfelda i inne czołowe postacie amerykańskiej administracji.
Umocnienie amerykańskiej dominacji nad światem oznaczało możliwość prowadzenia wyzysku na całym świecie, ale głównym celem było uzyskanie przewagi nad Unią Europejską, Rosją, Chinami i Japonią jako najważniejszymi ośrodkami światowej gospodarki.
Całe to przedsięwzięcie oparte było na bardzo ryzykownym założeniu, że wydatki związane z tymi działaniami będą mniejsze niż korzyści, jakie osiągną Stany Zjednoczone. Rzeczywiście poziom wydatków wojskowych w USA jest teraz niższy niż w czasach wojny koreańskiej, jednak możliwości gospodarki amerykańskiej są obecnie o wiele mniejsze niż wtedy. Jeśli tworzy się 50% światowej produkcji można sobie pozwolić na wydanie 20% na zbrojenia jak to było w czasach wojny z Koreą. Jeśli produkuje się tylko 20%-25% nie jest to możliwe. W 1968 roku, w samym środku wojny wietnamskiej USA, nie były w stanie przeznaczyć nawet 8% swojej produkcji na cele militarne i zaczęły ograniczać wydatki w tej dziedzinie.
Można więc powiedzieć, że ludzie Busha decydując się na zaatakowanie Iraku podjęli ryzykowną grę. U podstaw tego leżała doktryna Rumsfelda zakładająca, że USA przy użyciu wysoko rozwiniętej technologii wojskowej i zaangażowaniu niewielkiej ilości oddziałów naziemnych mogą zapewnić sobie zwycięstwo niewielkim kosztem.
Zapomniano przy tym o paru sprawach podstawowych. Po pierwsze, jeśli chce się rozprawić z ruchem oporu w jakimś kraju potrzeba do tego nie tylko dobrego uzbrojenia, konieczne jest też zaangażowanie ogromnej ilości żołnierzy. Gdy Rosjanie wkroczyli na Węgry w 1956 roku użyli tam 500 tysięcy żołnierzy przeciwko dziesięciomilionowemu narodowi. Podobnie w przypadku inwazji Rosji na Czechosłowację w 1968 roku - pół miliona żołnierzy na dziesięć milionów. Natomiast w Iraku próbowano załatwić sprawę przy użyciu 130 tysięcy żołnierzy przeciwko dwudziestomilionowemu narodowi. Po drugie, nie wzięto pod uwagę tego, że społeczeństwa Trzeciego Świata są teraz inne niż 50 czy 60 lat temu. Są to społeczeństwa bardziej nowoczesne z lepszym dostępem do wiedzy, technologii i uzbrojenia. Ludzie Busha zupełnie zapomnieli, dlaczego Francja musiała opuścić Algierię czy Wlk. Brytania - Indie. Wierzyli, że można wygrać przy użyciu bezwzględnej siły.
Już ponad rok temu Socialist Review pisał, że Amerykanie będą musieli zmierzyć się z narastającym oporem w Iraku i będą tam grzęźli coraz bardziej.
Dokładnie tak przedstawia się dzisiejsza sytuacja USA.

Kontrola nad ropą
Stan rzeczy na dzisiaj przedstawia się następująco. USA nie mogą się wycofać z Iraku, ale nie widać też, w jaki sposób mogłyby zniszczyć iracki ruch oporu, by móc kontrolować ten kraj. Jest tylko jedna droga, by w Iraku powstał rząd współpracujący z Amerykanami a zarazem mający akceptację ludności irackiej. Musiałby on otrzymać pełną kontrolę nad złożami ropy naftowej. Oznaczałoby to jednak zrezygnowanie z głównego celu tej wojny i przyznanie się do porażki. Amerykański imperializm znalazł się w sytuacji patowej.
Logicznie rzecz biorąc, trzeba teraz przeznaczyć wiele zasobów na Irak. To stworzy więcej problemów dla Amerykanów i oznaczać będzie większe upokorzenie, gdy w końcu zostaną zmuszeni do wycofania się.
Dlatego kwestia Iraku jest kluczowym strategicznym problemem współczesnego imperializmu i przy tym zagadnieniu inne sprawy schodzą na dalszy plan.
W Ameryce Łacińskiej jest tendencja, bardzo zresztą zrozumiała, by przeceniać siłę imperializmu. Jednak musimy sobie jasno zdawać sprawę z faktu, że USA nie mają obecnie potencjału, by zaatakować kraj gdzie istnieje rzeczywisty, masowy ruch społeczny mogący się przeciwstawić takiej inwazji. Powiodło się Stanom na Haiti, ponieważ prezydent Aristide nie dopuścił do powstania tam jednolitej politycznie masowej opozycji.
Można się spodziewać, że jeśli masowe ruchy społeczne w Wenezueli będą dalej tak się rozrastały, to USA na pewno nie będą tam interweniowały otwarcie. Być może będą próbowały coś przedsięwziąć przy pomocy Kolumbii, ale jedno jest pewne - na bezpośrednią interwencje zbrojną USA nie maja wystarczającej liczby żołnierzy. Musiano nawet wycofać część oddziałów z Południowej Korei, by wysłać je do Iraku.
Obecne osłabienie amerykańskiego imperializmu ma także inne implikacje. Reformistycznie nastawione siły w Ameryce Łacińskiej usprawiedliwiają swoją ugodowość wobec Stanów groźbą amerykańskiej interwencji. Jest to główny argument Evo Moralesa z Boliwii: nie można być zbyt rewolucyjnym, ponieważ to może sprowadzić amerykańskie wojska.
Sytuacja jest całkiem odwrotna: USA są osłabione, najsłabsze od czasów wojny w Wietnamie i teraz jest moment na masową mobilizację i tworzenie oddolnych ruchów społecznych.
W niektórych kręgach lewicowych w Ameryce Łacińskiej uważa się, że za prześladowaniami klasy pracującej przez miejscowych kapitalistów stoją USA. To retoryka używana tradycyjnie przez partie stalinowskie szukające porozumienia z miejscowym kapitałem. Jednak kapitaliści południowoamerykańscy tak, jak i kapitaliści w innych krajach świata, nie muszą uczyć się nienawiści do mas pracujących od USA. Nie potrzebował takich lekcji Pinochet w Chile ani Videla w Argentynie. Stany Zjednoczone udzieliły im wsparcia w postaci doradców, wywiadu, ale to rodzima klasa rządząca i rodzime armie walczyły z klasą pracującą, często wykorzystując przy tym hasła nacjonalistyczne. Podobnie może zdarzyć się dzisiaj i z tego niebezpieczeństwa trzeba sobie zdawać sprawę.
Warto tutaj wskazać na inne jeszcze zjawisko. Dynamika rozwoju rodzimej klasy kapitalistycznej i jej interesy nie zawsze pokrywają się z interesami USA,. Tak było w Wenezueli dwa lata temu, gdy klasa posiadaczy i dowódcy armii próbowali dokonać zamachu stanu, co nie podobało się Departamentowi Stanu USA, ponieważ uważano, że prezydent Chavez da się kontrolować. Nie sadzę by USA chciało pozbawić się dostaw wenezuelskiej ropy w przeddzień wojny z Irakiem.
Musimy zrozumieć, że często cele imperializmu i lokalnych kapitalistów są sprzeczne, co czasem prowadzi do złych posunięć, z których my możemy korzystać. Jednak w tym samym czasie druga strona czyha na błędy lewicy, by się skierować przeciwko nam. Wróćmy do przykładu Wenezueli. Masy poparły tam Chaveza, gdy przeprowadzał szereg reform godzących w klasę posiadaczy, jednak nie doszło tam do rewolucji. Radio, telewizja, prasa są pod kontrolą tych samych ludzi, którzy byli odpowiedzialni za nieudany zamach stanu sprzed dwóch lat. Problemy, jakie amerykański imperializm napotkał w Iraku dają czas Wenezueli, ale konieczne jest tam działanie rewolucyjne, gdyż inaczej może się powtórzyć sytuacja z Chile.
Podsumowując: to, co obecnie możemy zaobserwować, to nie incydentalny kryzys amerykańskiego imperializmu. Znalazł się on w sytuacji, w której rozwój kapitalizmu doprowadził do powstania nowych sił podważających w ten czy inny sposób jego dominację. Odpowiedź na to jest dwojaka: z jednej strony restrukturyzacja, wzrost wyzysku własnej klasy pracującej, z drugiej demonstrowanie swojej przewagi. W "Projekcie Na Rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia" twierdzono, że po rozprawie z Irakiem przyjdzie pora na Syrię potem Iran, Kubę, następnie Wenezuelę a na końcu Chiny. Dzisiaj amerykański imperializm ugrzązł w Iraku.
Nie oznacza to, że ludzie związani z tym projektem są pokonani i odejdą w niebyt. Wydaje mi się, że uderzą w jakimś innym miejscu. Jeśli gdzieś na świecie znajdzie się jakiś słaby punkt spróbują tam swojej interwencji, by udowodnić, że są silni tak, jak to zrobili na Haiti. Warto przypomnieć sytuację z czasów wojny w Wietnamie, gdy było już wiadomo, że nie da się wygrać tego konfliktu, Nixon i Kissinger spowodowali śmierć miliona ludzi w Kambodży.
Nie możemy wykluczyć, że Bush czy Kerry nie powtórzą tego samego.
Walka z amerykańskim imperializmem nie zakończyła się mimo trudnej sytuacji USA w Iraku. Cały czas konieczna jest masowa mobilizacja, by mu się przeciwstawiać.
Tłumaczyła Joanna Puszwacka